Spotkanie z dylążem garbarzem (Prionus coriarius) to niezapomniane wrażenie. A z trzema na raz to dopiero gratka dla przyrodnika! Owszem mamy w Polsce większe gatunki chrząszczy, jak chociażby mój ulubiony jelonek rogacz (Lucanus cervus), jak i takie, których czułki są dużo dłuższe, np. kozioróg dębosz (Cerambyx cerdo), jednak u dyląża to krępa budowa ciała oraz masywne i piłkowane czułki robią największe wrażenie. Do tego jest to całkiem spory chrząszcz, bo może mierzyć nawet do 5 cm!

Imponujący rozmiar i wygląd sprawiają, że dyląża nie da się nie zauważyć w terenie. Co więcej, jest pospolitym mieszkańcem lasów liściastych i mieszanych. A jednak dopiero niedawno udało mi się spotkać oko w oko z tą piękną kózką, i to za dnia. Spotkanie miało miejsce w upalne lipcowe popołudnie, kiedy na poszukiwanie kwitnących buławników czerwonych udałam się do znajomego bukowego lasu. W jednej z jego części jest niewielka nasłoneczniona polana porośnięta krzewami oraz wysokimi trawami. Są na niej także pojedyncze stare buki. Część drzew leży powalona i spróchniała. Przemierzając dookoła polanę i skraj lasu w poszukiwaniu kwitnących jeszcze storczyków, natknęłam się na siedzącego (a w zasadzie wiszącego) na kłosie wysokiej trawy dużego chrząszcza. Jak tylko podeszłam bliżej, nie miałam wątpliwości, że to dyląż! Niedaleko na młodym buku, tuż przy chudym jeszcze pieńku, siedział następny. A nieco później kolejnego, nieco mniejszego od pozostałych znalazłam siedzącego na korze okazałego buka. Tak – pomyślałam – ten bukowy las to idealne siedlisko dla tej kózki. Do tego dorosłe chrząszcze pojawiają się właśnie na przełomie czerwca i lipca. Miałam prawdziwe szczęście!
Dyląże są aktywne głównie w nocy, wtedy chętnie przemieszczają się poszukując samiczek do kopulacji. W ciągu dnia siedzą zwykle schowane gdzieś w zakamarkach kory lub innych częściach drzew. Zaczynają być aktywne bliżej końca dnia. Moje dyląże odpoczywały jednak dość mocno wyeksponowane. Na szczęście dla mnie.
Po ponad godzinie fotografowania tego, który siedział na źdźble trawy, nabrałam podejrzeń, że jest jednak nieżywy – nie drgnął przez ten czas ani o włos. Nie zaobserwowałam najmniejszego nawet ruchu czułka, ani żuwaczek. Dla fotografa to niby dobrze, ale jednak żal. Męczyła mnie ta niepewność. Wyręczył mnie mocny podmuch wiatru, który wymusił na chrząszczu małą zmianę miejsca zawieszenia. Ufff, żyje. To tylko uświadomiło mi, że rzeczywiście w ciągu dnia chrząszcze te ograniczają swoją aktywność do minimum.
Ta nieruchomość była dużym błogosławieństwem. Bezkarnie można było nacieszyć się widokiem masywnych, niemal czarnych pokryw, równie masywnymi odnóżami zakończonymi wyraźnymi pazurkami, pomarańczowymi włoskami pomiędzy poszczególnymi częściami ciała, potężnymi czułkami, no i niesamowitymi żuwaczkami. Po stwierdzeniu tego ostatniego faktu, jakoś odeszła mi ochota do wzięcia chrząszcza do ręki, choć rzecz jasna był wcześniej taki pomysł : )

Spędziłam niezapomniane lipcowe popołudnie w doborowym towarzystwie, które po zmroku rozpierzchło się zapewne do swoich ważnych owadzich spraw. Szkoda, że nie udało mi się zobaczyć kopulacji tych pięknych chrząszczy. Jestem też prawie pewna, że wszystkie trzy moje dyląże to samce, ponieważ, jak oceniam, miały wyraźnie mocno piłkowane czułki. U samiczek czułki są mniej masywne, mają 11, a nie 12 segmentów, i nie są tak wyraźnie piłkowane.
Więcej zdjęć z tej sesji znajdziecie w Galerii Chrząszcze.