fotograficzna historia

Krasopani hera – prawdziwy klejnot wśród motyli

Nie spodziewałam się spotkać tego pięknego motyla. A już na pewno nie w takiej liczbie. Mówiliśmy o nim na zajęciach na moich studiach przyrodniczych we Wrocławiu. Że rzadki i że występuje nielicznie i lokalnie. Że w naszym kraju objęty ochroną ścisłą. Że ma status VU (narażony na wyginięcie) na Czerwonej liście zwierząt zagrożonych oraz w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Że jest gatunkiem priorytetowym dla Unii Europejskiej i dlatego został wpisany do Załącznika II Dyrektywy Siedliskowej. Że figuruje także w Załączniku IV tejże Dyrektywy. Po tylu informacjach tej rangi nawet nie snułam planów zaobserwowania takiego rzadkiego gatunku.

Ale po co snuć plany, jak można wyjechać w Bieszczady czy Beskid Niski, a tam mnogość gatunków roślin i zwierząt, w tym motyli jest nadal tak oszałamiająca, że człowiek nie wie w którą stronę ma najpierw spojrzeć. A wszystko samo niemal przylatuje na wyciagnięcie ręki. Wystarczy tylko porządnie się ubrać terenowo, nogawki spodni włożyć w skarpetki (zabezpieczenie antykleszczowe : )) i można ruszać w dzikie chaszcze.

Może trudno w to uwierzyć, ale wśród łanów topinamburu wije się jednak ścieżka. Tak, tak… dlatego mówiłam o tych nogawkach spodni wkładanych do butów. Z topinamburu nie ma się co cieszyć akurat. Jest inwazyjnym gatunkiem obcym, który odnawia się dzięki nawet niewielkim fragmentom rozłogów, bulw czy łodyg. Do tego rośnie szybciej niż rosnące z nim w zbiorowisku gatunki rodzime – przerasta je w końcu i zacienia. Żeby tego było mało, oddziałuje w sposób biochemiczny na inne rośliny – hamuje ich kiełkowanie i późniejszy wzrost. Jeśli dodamy do tego dużą tolerancję na warunki środowiskowe oraz odporność na suszę, to mamy naprawdę kłopotliwego zawodnika wagi ciężkiej. Tu w Bieszczadach doskonale to widać, chociażby na tej ścieżce na zdjęciu. Różowo-fioletowe sadźce konopiaste próbują jeszcze walczyć, ale miejscami rośnie tu już tylko topinambur.

Jednak, jak udało mi się zaobserwować, część motyli i innych zapylaczy, zdaje się przepadać za topinamburem. Na zdjęciu poniżej ogończyk wiązowiec (Satyrium w-album).

Pierwszą krasopani wypatrzyłam jednak na kwiatach sadźca konopiastego, który preferuje właśnie takie stanowiska zaroślowe – nad brzegami wód, w dolinach rzecznych, na skrajach wilgotnych lasów. Stałam na skraju niewielkiej śródleśnej polany porośniętej wysokimi zaroślami. Od razu ją zobaczyłam. To naprawdę duży motyl, który charakterystycznie lata, a co więcej, jego druga para skrzydeł, którą najlepiej widać oczywiście w locie, jest intensywnie czerwona lub pomarańczowa z czarnymi kropkami. Serce zabiło mi szybciej, chociaż wiedziałam, że można ją pomylić chociażby z krasopani poziomkówką, która ma inny deseń na pierwszej parze skrzydeł. Rzuciłam się w pogoń. Z aparatem rzecz jasna. A właściwie to najpierw z telefonem, dla dokumentacji. Nie liczyłam nawet na dobre zdjęcie aparatem. Szczególnie, że było prawie samo południe i słońce grzało niemiłosiernie dając naprawdę ostre światło. Siedziała całkiem niepłochliwie na kwiatach delikatnie poruszając skrzydłami. Dosłownie wstrzymałam oddech na ten widok!

Udało mi się zrobić sporo zdjęć, bo motyl świetnie współpracował. Niespiesznie żerował na kolejnych kwiatostanach sadźca. Pomijam oczywiście zbyt mocne światło. Ale i tak radość była bezcenna!

To jednak nie był koniec mojej przygody z krasopanią tego dnia. To co zobaczyłam później, przerosło moje oczekiwania i wyobrażenia. Po opuszczeniu tej śródleśnej polany, ruszyliśmy dalej topinamburową ścieżynką przedzierając się przez zarośla. Pogoda była wyśmienita. Siedlisko wspaniałe. Co rusz z kwiatów podrywały się kolejne motyle: ogończyki, przestrojniki, czy rzadkie górówki. I nagle znowu pojawiła się ona! I kolejna! I znowu! Ich piękne żółto-brązowe plamy na skrzydłach mieniły się w słońcu. Co rusz widać było czerwień drugiej pary skrzydeł. Naprawdę trudno jest mi opisać słowami ten barwny spektakl, tą feerię kolorów i te emocje, aby oddać nastrój tamtej chwili!

W jednym miejscu udało nam się naliczyć ok. kilkanaście motyli tego gatunku. Siadały po kilka na kwiatach sadźca, delikatnie podlatywały i opadały bez pośpiechu. Wyglądały niemal jak miniaturowe ptaki. Towarzyszyły im równie liczne ogończyki. Długo nacieszaliśmy oczy tym widowiskiem, ale czas uciekał, a droga przed nami była daleka. Z wielkim żalem opuściliśmy to wyjątkowe miejsce. Jeszcze po drodze, przy topinamburowo-sadźcowej ścieżce towarzyszyły nam pojedyncze krasopanie, aż w końcu po kilkuset metrach zniknęły i na całej trasie nie spotkaliśmy ich już ponownie. Także w drodze powrotnej, zajrzeliśmy na nasz zagonek z sadźcem. Pogoda się pogorszyła, zrobiło się pochmurno i praktycznie wszystkie motyle zniknęły. Po krasopaniach nie było nawet śladu. Jakby ich tu nigdy nie było. Jakie mieliśmy niesamowite szczęście! Ten jeden dobry moment, z dobrą słoneczną pogodą…

To tylko uzmysłowiło nam jaka przyroda jest nieuchwytna, zmienna i ulotna. I że trzeba nacieszać się nią tu, teraz i natychmiast. Piękna chwila zniknie. I trzeba będzie poszukać kolejnej.

Więcej zdjęć krasopani znajdziecie w folderze Motyle.