fotograficzna historia

Zabawa w chowanego, czyli w rzekotkowym raju

Rzekotkę drzewną (Hyla arborea) widziałam wcześniej dwa razy. A właściwie to prawie 1,5 raza. Ten pierwszy to był ułamek sekundy podczas przedzierania się wiele lat tam przez pas szuwaru na stawach w Przyrębie w Dolinie Górnej Wisły. Drugi, ten prawie pół raz, to były efekty bardziej dźwiękowe niż wizualne, choć te drugie też wystąpiły, lecz bardzo krótko i mało wyraźnie. Wtedy, jakieś 15 lat temu, podczas obozu obrączkarskiego nad Zbiornikiem Turawskim w woj. opolskim, w czasie pięknego słonecznego wrześniowego dnia, wywabił mnie z naszego polowego namiotu na zewnątrz nagły i nieoczekiwany ryk. Przerabiając w myślach wszystkie znane mi gatunki ptaków (wszak byliśmy na obozie i obrączkowaliśmy migrujące ptaki), gorączkowo szukałam przyczyny i źródła tego głośnego i monotonnie powtarzającego się ni to terkotu, ni chichotu dobiegającego gdzieś z niebios.

Jak się okazało, dźwięk nie dobiegał z niebios, a z ogromnego dębu, wokół którego rozbity był nasz polowy namiot. Ki diabeł na dębie nie będący ptakiem! Moja dusza przyrodnika się niemal zagotowała! Jak to ja nie wiem co to się odzywa! No i w tym momencie (bo ciągle gapiłam się w górę na gałęzie dębu starając się prześwietlić niczym promienie rentgenowskie jego gałęzie, liście i korę), moim oczom ukazał się cień niewielkiej… żaby siedzącej na oblanym słońcem dębowym liściu. No serio??? Żaba???

Rzekotka! Mój proces myślowy był nadal zbyt powolny. A  to wszystko dlatego, że głos rzekotki na lądzie różni się nieco od głosu godowego wydawanego przez samce rzekotki w wodzie. Trzeba jednak przyznać, że w obu przypadkach jej głos jest imponująco donośny! Żaba ta prowadzi wybitnie lądowy tryb życia i poza okresem lęgowym trwającym od końca kwietnia do czerwca stroni raczej od wody.

Jakaż była więc moja radość, gdy na początku lipca kolega Witek oznajmił (a na dowód przedstawił zdjęcia na swoim profilu na Facebooku), że nad brzegiem zarastającego stawu niedaleko swojego domu odkrył setki młodych rzekotek.

Radość mieszała się jednak z pewnym niedowierzaniem, no bo jak ktoś kto w sumie dość często chodzi w teren widział wcześniej rzekotkę 1,5 raza w życiu, no to gdzie one były te wszystkie rzekotki przez całe jego życie???

Ale już kilka dni po komunikacie Witka kroczyliśmy ostrożnie idąc od śródleśnego parkingu w stronę drugiego z zarastających stawów w Zabrzu Makoszowach. No i zaczęło się! Raz po raz Witek pokazywał mi siedzące to tu, to tam maleńkie żabie ciałka. Oczywiście wcześniej nie miałam pojęcia na co patrzeć, bo w myślach szukałam przeciętnie dużej zielonej żaby z charakterystycznymi paskami bo bokach ciała i palcami z przylgami. A tu takie maleństwa wielkości około 3 cm!

 

Siedziały pojedynczo, parami lub nawet trójkami, jak trusie. Wyglądały… mało żabio, jak zawinięte pakieciki z  nogami wciśniętymi pod boki ciała. Większość miała jeszcze mniej lub bardziej okazałe ogonki, pozostałość po poprzednim życiu kijanki  – rozczulający widok. Niektóre miały zupełnie wyraźne ogony i były pokryte jeszcze rodzajem śluzu (co mocno utrudniało zrobienie dobrego ostrego zdjęcia). Widok tych już nie kijanek, ale jeszcze nie żab, siedzących  na lądzie na trzcinie był doprawdy kuriozalny!

 

Przemieszczaliśmy się wolno unosząc kolejno raz jedną stopę – i czekając aż umknie sprzed niej cała żabia młodzieżówka – raz drugą. Metr po metrze…

Mieliśmy szczęście i zaszczyt uczestniczyć w prawdziwym, odwiecznym wręcz, przyrodniczym spektaklu, gdy młode rzekotki po przeobrażeniu się z kijanek wychodzą tłumnie na ląd i anektują (dosłownie) nadbrzeżną roślinność – od trzciny przez nawłoć, po czeremchę rosnącą na wale okalającym staw. To był właśnie ten rzadki moment i my na niego trafiliśmy!

 

Rzecz jasna rzuciłam się na to żabie królestwo z aparatem i statywem ochoczo i z zapałem! Ze statywem, bo większość towarzystwa siedziała nieruchomo, jakby czekała aż zanikną im ogony i staną się pełnoprawnymi żabami. Lub staną się niestety czyimś posiłkiem. Ale ta nieruchomość to tylko pozory. Bo i owszem, modelki dawały się podejść całkiem blisko, co jest niezwykłe z żabiego i fotograficznego punktu widzenia, ale gdy tylko misternie ustawiałam statyw, aparat, kadr itd…. .. hyc, i na zdjęciu miałam piękne, okazałe liście trzciny we wszelkich możliwych rozmytościach. Bez żaby oczywiście. Nie żeby żaby znikały z kadru nagle. Nie. One się oddalały niespiesznie, ślamazarnie wręcz, eksponując swoje ogony i zerkając jeszcze zza liścia, czy aby na pewno większości ich ciała nie widać.

Ech…. fotografia nie jest łatwa :  )

 

Serdecznie zapraszam do obejrzenia reszty zdjęć z tej sesji w Galerii Płazy i gady.